Sekret mojego męża – Liane Moriarty (recenzja przedpremierowa)

Liane Moriarty jest powszechnie znaną i lubianą autorką przede wszystkim (jak mi się wydaje) dzięki zekranizowanym przez HBO „Wielkim kłamstewkom”. Ja sama, przyznaję, widziałam jedynie właśnie ów serial, który notabene bardzo przypadł mi do gustu i który polecam. Po jego obejrzeniu wiedziałam, że kiedyś będę musiała się z twórczością Moriarty zapoznać – stałam się bardzo jej ciekawa. No i nadarzyła się ku temu cudowna okazja, bowiem dostałam propozycję, aby jedną z jej powieści, a mianowicie „Sekret mojego męża” (na nowo wydany przez Znak Literanovę, którego premiera już 10 lutego), przeczytać i podzielić się swoją opinią przedpremierowo. Oczywiście nie mogłam odmówić, toteż poniżej dzielę się swoimi już po-lekturowymi (nie ukrywam, że bardzo pozytywnymi) odczuciami.

Sekrety

Sekrety. Małe, duże. Kłamstwa w imię dobra – innych lub… własnego. Nie ma co się oszukiwać (hehe, no właśnie) – zawsze będą jakieś fragmenty w życiorysie bliskich nam osób, których nie dane było czy będzie nam poznać. Czasem dlatego, że nie mają już żadnego znaczenia. Czasem zaś dlatego, że tego znaczenia owe osoby nie dostrzegają lub nie chcą się do niego przyznać. Może to i dobrze? Ehh, temat rzeka. Co jest jednak dość oczywiste: „Ostrożnie z tą prawdą. Potrafi zmienić wszystko” – jak głosi napis na okładce omawianej przeze mnie książki – i trudno się z tym nie zgodzić. A na pewno przekonały się o tym bohaterki „Sekretu…”, wszak odkąd poznały pewne „prawdy”, ich życie mocno się przez to skomplikowało…

Czas na prawdę

„Dla mojej żony, Cecilii Fitzpatrick. Otworzyć wyłącznie w przypadku mojej śmierci”. Wyobraźcie sobie, że znajdujecie przypadkiem taki list (tyle że oczywiście zaadresowany do Was), niemniej jego nadawca wciąż żyje… Co byście wówczas zrobiły? Poddałybyście się pokusie i przeczytały go, czy odłożyłybyście go na miejsce, by uczynić wedle woli piszącego? Trudne pytanie, czyż nie? Cecilia również miała dylemat. Zupełnie zaskoczona swoim znaleziskiem, poinformowała o tym swojego męża, ten zaś zmieszany błagał wręcz, aby go nie otwierała. I pewnie by go posłuchała, gdyby nie pewne niuanse świadczące o tym, iż jest to coś, o czym powinna jednak wiedzieć już teraz. Zadziałał impuls. Zrobiła to. I wtedy zmieniło się absolutnie wszystko…

Tess O’Leary również została objawiona pewna tajemnica. Nie to, że chciała ją poznać. Niemniej jej mąż nie dał jej wyboru. Po prostu uznał, że czas najwyższy podzielić się z żoną zmianami, które w nim zaszły, nie bacząc na to, jak bardzo krzywdzące będzie to dla niej/dla ich rodziny. Zrobił to. I wtedy musiało zmienić się wszystko…

Rachel Crowley doświadczyła w swoim życiu prawdziwej tragedii. 28 lat temu ktoś zamordował jej nastoletnią wówczas córkę. I przez tyle lat morderca nie został skazany. Co więcej – nikt nawet nie był podejrzany! Jedynie ona, zrozpaczona matka, przelała całą swoją nienawiść na chłopaka, z którym jej Janie się wtedy spotykała. Tak bardzo chciała znaleźć dowód na to, że to ON. I w końcu, po tylu latach, przyszedł czas na prawdę…

I to właśnie ta prawda, chcąc nie chcąc, połączyła bardziej lub mniej te trzy kobiety (autorka świetnie łączyła wątki, w idealnym tempie naświetlając coraz to jaśniej powiązania między nimi), które musiały zdecydować, co dalej. Musiały podjąć kolejne decyzje, wyjawić lub ukryć kolejne jakże znaczące informacje. Trudne rzeczy zadziały się w ich życiu, które – jakby nie było – toczyło się dalej. A one chciały żyć. Chciały być szczęśliwe albo chociaż spokojne o los nie tyle swój, co osób, które kochały.

Sekret mojego męża

Muszę przyznać, że „Sekret mojego męża” to książka, która pochłonęła mnie totalnie. Nie tylko ze względu na intrygującą, złożoną fabułę, ale również dzięki świetnie zarysowanym postaciom (tak trzem głównym bohaterkom, jak i pozostałym). Liane Moriarty z należytą dbałością przedstawiła swoich bohaterów, tworząc prawdziwe osobowości. Takie z krwi i kości, jak zwykło się mawiać. Podkreśliła przy tym ich słabości, wszak nadające bieg całej historii. Bo czy to nie dlatego tyle rzeczy było przez nich skrywanych? Czy to nie owe słabości zmusiły ich do podjęcia takich czy innych kroków? Strach, brak wiary w siebie, panika, nienawiść, chęć zemsty, zakochanie, pożądanie… Można by wymieniać bez końca.

Podsumowując: absolutnie cudowne odkrycie tego roku (choć całkiem niedawno się rozpoczął ;)). Liane Moriarty potrafi porwać czytelnika, ma świetne pióro i stawia ciekawe pytania na temat nas samych, sugerując jeszcze ciekawsze odpowiedzi, i ja na pewno sięgnę po pozostałe jej książki, w tym osławione „Wielkie kłamstewka”. Was również do tego zachęcam.

PREMIERA KSIĄŻKI „Sekret mojego męża” już 10 LUTEGO.

WYPATRUJCIE!

Bo piękne rzeczy dzieją się w kulturze i warto się nimi dzielić.